KOBIETA BEZ GRANIC – KASIA ADAMCZYK – TOMIAK

Ile razy zastanawiałaś się, jak to jest rzucić wszystko i wyruszyć w roczną podróż? Co się wtedy czuje, albo jak się spakować?  Moja bohaterka Kasia, razem z mężem Piotrkiem, postanowili zmienić swoje życie i odważyli się ruszyć w podróż dookoła świata. I mimo, że teraz mają już dwójkę wspaniałych dzieci, dalej podróżują i nie rezygnują ze swojej największej pasji.  Na co dzień są normalnymi ludźmi: Kasia jest fizykiem i fotografem (- jeżeli mieszkacie w okolicach Bielska – Białej, to koniecznie musicie się do niej wybrać na sesję na przykład rodzinną! ) oraz prowadzi niezwykle inspirujący blog Vanilla Island, natomiast Piotrek działa w branży informatycznej. Zapraszam was dziś na inspirującą rozmowę o tym, jak przekracza się swoje granice podczas takiej podróży, jak przeżywa się rabunek w Ameryce, a jak dociera do Magicznego Autobusu na Alasce i łapie się stopa w tamtych rejonach oraz przede wszystkim ile kosztuje taka przyjemność i jak ją zaplanować. A na koniec, jak zmienić formę podróżowania, gdy już pojawią się dzieci i czy w ogóle należy ją zmieniać. Ok, to teraz przestań na chwilę czytać i idź po kubek ciepłej herbaty, bo gwarantuję, że podczas lektury nie będziesz w stanie się oderwać.

Jak podejmuje się decyzję o wyjeździe na rok dookoła świata?

Nie wiem, jak się podejmuje, ale my podjęliśmy ją stopniowo. Ja nigdy jako dziecko nie wyjeżdżałam dalej, niż na Mazury i jak byłam na studiach to moja przyjaciółka, która była w kółku turystycznym, zaproponowała mi, żebyśmy pojechały na stopa do Turcji. Pomyślałam: dobra, spróbujmy. Wzięłam 300 złotych i pojechaliśmy w pięć osób. Moi rodzice myśleli, że dojedziemy najdalej na Węgry, ale po czterech dniach już byliśmy na miejscu. To było niesamowite, ponieważ otworzyły mi się oczy, że jadąc gdzieś wszyscy cię zapraszają na obiad, zabierają, oferują nocleg, albo można nawet spać w rowach czy na plaży pod namiotem. Do tej pory cały czas czułam, że nie mam pieniędzy, że mogę tylko jeździć tutaj blisko, a okazało się, że można zobaczyć kawał niesamowitego świata wydając niewiele. Podjęłam decyzję, że od tej pory jeżdżę stopem. W następnym roku, już byłam z Piotrkiem i namówiłam go, żebyśmy pojechali do Hiszpanii. Tam mi się nawet oświadczył w Pirenejach. Potem po powrocie jeździliśmy stopem po Polsce i planowaliśmy kolejne podróże i wymyśliliśmy, że chcemy spróbować pojechać do Azji do Tajlandii. Byliśmy tam półtorej miesiąca i objechaliśmy cały kraj w taki właśnie sposób. Tam nikt nie wie, co to jest autostop i wszyscy się zatrzymują, żeby ci pomóc. I to jest tak: im głębiej wchodzisz w to środowisko tym chcesz więcej, bo gdy poznajesz w hostelach ludzi, którzy ci mówią ile już miesięcy są w podróży i jakie kraje zwiedzili, zaczynasz dostrzegać, że to co ty robisz jest przeciętne. Byliśmy też na imprezie w Gdyni: kolosy. Ludzie opowiadali tam o podróżach dookoła świata i różnych innych niesamowitych rzeczach i oglądając zaczęliśmy myśleć: mogę wszystko, nie mam żadnych ograniczeń. Podjęliśmy decyzję, że po studiach się decydujemy i jedziemy dookoła świata. Nasze rodziny były sceptyczne, pierwsze co, to pytali: za co będziecie żyć w tym czasie? Mówiliśmy, że odłożymy pieniądze i w ogóle byliśmy w takim wieku, że wiedzieliśmy, że jakoś to będzie. Po pierwsze wzięliśmy ślub, więc dostaliśmy sporo pieniędzy na prezent. Po drugie przez rok pracowaliśmy i uzbieraliśmy pozostałą część  kwoty wejściowej, którą potrzebowaliśmy i pojechaliśmy. To się działo stopniowo, podróżowaliśmy coraz dalej i dalej, i naturalnie dojrzewaliśmy do tej decyzji.

Jak przebiegała trasa waszej podróży?

Zaczęliśmy od Londynu, ponieważ kupiliśmy bilet dookoła świata i stamtąd było najtaniej. Są dwa rodzaje takich biletów: my kupiliśmy One World i są linie, które się zrzeszają wokół niego.. Wybierasz ilość kontynentów i możesz kupić gotowy bilet na różnych relacjach, albo tak jak my, lecieliśmy na Alaskę, a kolejny lot mieliśmy z Miami, czyli mieliśmy przerwę lądową. Taki bilet jest bardzo korzystny, bo są na nim niesamowite loty np na Wyspę Wielkanocną, gdzie normalnie to kosztuje strasznie dużo, a my to mieliśmy już w cenie. I cały bilet na osobę na rok kosztował chyba 11 tysięcy złotych – w tym mieliśmy chyba szesnaście odcinków. To daje duże możliwości, bo możesz też dokonywać zmian daty wyloty z konkretnego miejsca. I tak: z Londynu lecieliśmy do Nowego Jorku, tam spędziliśmy cztery dni, potem na Alaskę, stamtąd zjechaliśmy autostopem przez Kanadę do Stanów, gdzie kupiliśmy samochód. Tam jest bardzo ciężko jeździć stopem, bo ludzie są czasem agresywni i jest niebezpiecznie. Tym autem zjechaliśmy całe Stany przez dwa i pół miesiąca i potem sprzedaliśmy go w Miami. Potem polecieliśmy na małą wyspę Króla Salomona na Karaibach, potem do Wenezueli, następnie na samo południe aż do Wyspy Wielkanocnej. Stamtąd przez różne kraje do Hong Kongu, następnie Indie, Nepal, Chiny, Japonia i wróciliśmy do domu. Każdy etap to były trzy miesiące. Cudowna jest taka podróż, każdemu bardzo polecam. Można się wiele nauczyć i to jest fajny sposób na  gap year po studiach. Wszyscy nam mówili, że najpierw ma być dom, dzieci – najpierw musimy zarobić, a potem będzie czas na przyjemności, a właśnie tak nie jest, bo im więcej masz, tym jest potem trudniej, bo ciężko zostawić mieszkanie, albo jechać  z dziećmi dookoła świata.. no można, ale ja się cieszę, że zrobiliśmy to sami. Mogliśmy dzięki temu robić totalnie ekstremalne rzeczy. Łatwiej jest też rzucić pracę, gdy po studiach zakładasz, że to jest tylko na rok.

Ile mieliście bagażu ze sobą?

Dwa plecaki.

I co się wkłada do plecaka na podróż dookoła świata?

To jest bardzo trudne. Przede wszystkim wzięliśmy namiot, żeby można było spać, gdzie się chce. Bardzo mało ubrań: jedne ciepłe buty, sandały, trochę sukienek. Ja zawsze jeżdżę w sukience, bo szybko ją wypiorę, wieszam i rano jest sucha. A na chłodne dni braliśmy kurtkę. Zawsze planujemy tak, żeby jechać latem, czyli nasza podróż była dostosowana do tego, żeby zawsze było ciepło. Tylko w górach było zimno, ale ja kupiłam w Nepalu ciepłe ciuchy. Do tego leki, aparat fotograficzny, obiektyw, kable, sznurek na pranie, garnek. Później wszystko straciłam, bo obrabowali nas z bronią w Ameryce Południowej i wtedy nagle się okazało, że mogę mieć tylko malutki plecak i też da się przeżyć.

Opowiedz, jak wyglądał ten rabunek.

Łapaliśmy stopa w Kolumbii w środku dnia, w centrum miasta i po prostu przyjechało czterech kolesi na dwóch motorach. Pierwszy wyciągnął spluwę i powiedział, że mamy oddawać plecaki. To było jak w filmie, mega stres, zwolnione tempo i ja oddałam swój plecak. Piotrek się trochę z nimi siłował i akurat zajechał jakiś samochód, a oni uciekli. To trwało może w sumie z dwie minuty. Straciliśmy wtedy mnóstwo rzeczy, ale dobrze, że tylko mój plecak, bo inaczej to byśmy pewnie dalej nie pojechali. Najbardziej bolesne dla mnie było, że straciliśmy aparat z obiektywem i również dużo pamiątek ze Stanów. Nie mogliśmy później znaleźć takiego aparatu w Ameryce Południowej, jaki chcieliśmy, ale na szczęście moi teściowie nas wsparli i przesłali nam paczkę w której był między innymi dokładnie taki sam aparat.

Ile w sumie wydaliście pieniędzy?

Około 80 tysięcy razem z przelotami dla dwóch osób.

Jak wygląda planowanie takiej podróży i noclegów?

Każdy z nas zaznaczył na mapie gdzie chce lecieć i to wyznaczyło nam mniej więcej trasę,  a potem już wszystko było spontanicznie. Jeśli chodzi o noclegi to my pierwsze trzy miesiące w Stanach spędziliśmy na Couchsurfingu, w samochodzie, albo w namiocie, bo było drogo. Najczęściej wtedy jedliśmy też u kogoś.. Później spaliśmy w hostelach i planowaliśmy to totalnie z dnia na dzień. W Stanach Couchsurfing działa tak, że ludzie są bardzo aktywni, więc nawet wysyłając trzy dni wcześniej zapytanie, od razu znajdujesz nocleg. W Azji jest tak, że najtaniej jest chodzić i szukać miejsca, bo ci ludzie często nie mają stron internetowych.

Jak wyglądała wasza relacja podczas takiej podróży?

Przede wszystkim byliśmy świeżo po ślubie i to była dla nas wielka zmiana. Całe nasze życie się zmieniło: do tej pory studiowaliśmy, mieszkaliśmy osobno, a tu nagle wzięliśmy ślub, pojechaliśmy gdzieś i spędzaliśmy razem 24h/dobę. Mamy kilka spornych kwestii o które się zawsze kłócimy, ale nie było tego tak dużo. Zawsze na wyjeździe jesteśmy dość zgodni co do tego gdzie idziemy  i co robimy.

Czego was nauczyło to doświadczenie?

Na pewno całkowicie zmieniły  się nam  perspektywy, szczególnie na couchsurfingu poznajesz różnych ludzi i inny świat i to mi się bardzo podobało. Nauczyliśmy się również w jaki sposób zawsze się dogadać z drugim człowiekiem: na przykład z kłótliwym hindusem, albo jakimś sprzedawcą, który koniecznie chce ci opchnąć garnitur i nie rozumie, że go nie potrzebujesz. Ja się uczyłam negocjować. Taka podróż też daje dużo siły, bo jednak przez cały rok dźwiga się ten plecak. Do tej pory tak mam, że podczas ciężkich chwil przypomina mi się jak idę jakąś uliczką w Nepalu, albo jakiś zapach kojarzy mi się z Indiami. To jest taki pozytywny ładunek emocjonalny.

Jak szybko wróciliście do bieżących spraw po powrocie do kraju?

Firma dała Piotrkowi możliwość pracy zdalnej i po powrocie w następnym miesiącu już normalnie wrócił do pracy. A ze mną było gorzej, nie wiedziałam, co chcę robić. Ale pewnego dnia stwierdziłam, że przecież jestem fizykiem a w naszym mieście jest uczelnia i okazało się, że akurat szukają fizyka, co jest niesamowitym zbiegiem okoliczności, gdyż taki etat zwalnia się, jak ktoś przechodzi na emeryturę. Ale bardzo ciężko nam się wracało do rzeczywistości, ja chyba z rok nie mogłam się otrząsnąć, budziliśmy się i nie wiedzieliśmy, gdzie jesteśmy, co się dzieje. Bo jednak przez rok wstawaliśmy  prawie codziennie w innym miejscu. Ale teraz już, gdy mam gorszy dzień i jest mi źle, to cieszę się, że  nie muszę brać plecaka i na przykład iść po Himalajach, bo nie jestem wielkim wielbicielem gór. Wiadomo są różne momenty. Człowiek w takiej podróży jest przede wszystkim wiecznie zmęczony, dlatego, że non stop śpi w autobusie, albo w pociągu i jest cały czas głodny. Ale i tak warto.

Jak się teraz podróżuje z dwójką dzieci?

W takim składzie jeszcze nie podróżowaliśmy tak, jak dawniej z plecakami i stopem. Chcemy teraz pojechać w dalszą podróż w takim stylu. Myślimy o Wietnamie i Kambodży, ale czekamy na promocje. Teraz wybieramy kraje myśląc głównie o dzieciach, żeby nie było tam żadnych chorób, żeby była jakaś opieka medyczna. Na przykład boję się jechać z dziećmi do Indii, bo podczas rocznej podróży byliśmy chorzy tylko raz i to właśnie tam, na dur brzuszny mimo, że się na niego szczepiliśmy.

W takim razie jakie rzeczy teraz bierzecie w podróż?

Teraz to połowa plecaka to rzeczy dzieci. Przede wszystkim pieluchy, trochę kaszek, gdyby ktoś zachorował, ubrań zawsze bierzemy mało, do tego zabawki szczególnie do samolotu. Zawsze również bierzemy leki, ale przydają się bardzo rzadko. Koniecznie bierzemy aparat, obiektywy, do tego kurteczki, namiot. Totalnie standardowe rzeczy. Chodzi o to, żeby się zmieścić w dwóch plecakach i żeby za dużo nie dźwigać. Staramy się bardzo minimalizować, co bierzemy.

Jak często teraz wyjeżdżacie?

Normalnie pracujemy i wyjeżdżamy tak często, jak nam pozwala urlop. Ja pracuję na uczelni i mam urlop tylko w sierpniu i zawsze jeździmy właśnie wtedy na dłuższy wyjazd.

Macie jakiś super tani lot na swoim koncie?

Takiego super taniego to nie mamy. Kiedyś kupiliśmy za złotówkę do Szwecji z tygodniowym wyprzedzeniem, ale jak zaczęliśmy szukać hostelu i zobaczyliśmy ceny, to nie polecieliśmy, bo nie było nas wtedy stać. A tak to  najtaniej ok 60 zł gdzieś w Azji.

Zdarza wam się jeździć z biurem podróży? I dlaczego nie? :)

Ludzie mówią, że z biurem podróży leci się drożej i ja do końca tak nie uważam. To wszystko zależy, bo gdy na przykład  jedziesz na Chorwację to masz duże zniżki dla całej grupy – obiady i hotel. My byliśmy na Chorwacji sami, a moi rodzice z biurem podróży i my zapłaciliśmy dużo więcej. Co innego na Mauritius, gdy wszystko zaplanowaliśmy po swojemu: promocyjny przelot, mieszkanie i samochód na miejscu to wyszło nas to dużo taniej, niż z biurem podróży. My po prostu lubimy niezależność i fakt, że masz dowolność, gdzie jechać już na miejscu. Nigdy nie jechaliśmy z biurem podróży na całą wycieczkę, ale kupujemy bilet samolotowy przez stronę biura. Na przykład na http://biletyczarterowe.r.pl/ są wypisane wszystkie promocje, tylko trzeba sprawdzać każdego dnia ceny. To, gdzie my latamy, jest bardzo uzależnione od lotów.

Opowiedz ma na koniec ciekawą historię z podróży.

Są dwa takie wyjątkowe miejsca dla nas: Alaska i Wyspa Wielkanocna. I to, co było dla nas najbardziej wyjątkowe na Alasce, to jak poszliśmy do magicznego autobusu z filmu Into the wild. To była dla nas niesamowita przygoda, chociaż bardzo trudna, ale my chyba nie byliśmy świadomi. Jeździliśmy na stopa po Alasce i ludzi nam mówili, co mamy robić na przykład jak widzisz niedźwiedzia, albo, że to łosia powinniśmy się bać najbardziej, bo on atakuje dla przyjemności i skacze po tobie, aż cię zgniecie. Największą trudnością na trasie były dla nas komary, cała masa komarów. Po całodniowym marszu doszliśmy do rzeki i próbowaliśmy ją przekroczyć przez około półtorej godziny. W końcu zdecydowaliśmy się iść pod rękę i z kijami i udało nam się ją przekroczyć. Woda sięgała mniej więcej do pasa, ale nurt był bardzo silny. Po przekroczeniu rzeki spotkaliśmy już tylko jednego człowieka. Doszliśmy do autobusu i było naprawdę niesamowicie. Nie da się tego opisać, czuje się tam niesamowitą energię, jest tam pamiętnik ludzi, którzy spisują różne myśli, jest karta od rodziców tego Chrisa, który tam zginął. To jest niezwykłe miejsce i warto tam iść. Szliśmy dwanaście godzin, ale cały czas było jasno, bo to był dzień polarny, a wracaliśmy przez dwa dni, bo byliśmy wyczerpani. To jest 35 kilometrów w jedną stronę, tylko ciągle się idzie po wodzie, rzece, bagnach. Generalnie to byliśmy mało przygotowani do tej podróży, mieliśmy marzenia i to nas prowadziło. Jak już chcieliśmy się wydostać z  Alaski to przed Kanadą zaczęliśmy  łapać stopa i wtedy też wydarzyła się ciekawa sytuacja: Stoimy i stoimy, sześć, dziesięć godzin. W końcu podjechał jakiś facet i mówi: słuchajcie, tu jest mój adres, jak chcecie to przyjdźcie do mnie i możecie się przespać za 50 dolarów. My mu odpowiedzieliśmy, że bardzo dziękujemy, ale dzisiaj jedziemy dalej. A on: tylko tak mówię, bo ostatnia para stała dwa tygodnie. I to jest właśnie Alaska, sto osób na krzyż, mało ludzi. My już potem się zamienialiśmy. Jedna osoba łapała stopa, druga szła ogrzać się do pobliskiego baru. W końcu o 22 zatrzymał się samochód, a ja byłam sama. To była dziewczyna z chłopakiem i mieli wielką przyczepę ale wypełnioną po brzegi meblami i swoimi rzeczami. Przeprowadzali się do Portland. Mimo tego, że mieli bardzo mało miejsca w końcu się zgodzili, abyśmy do nich dołączyli i w sumie jechaliśmy razem cztery dni. To był najbardziej niesamowity autostop w naszym życiu, wszyscy się zaprzyjaźniliśmy. Cały czas musieliśmy jechać, bo z tą przyczepą poruszaliśmy się niesamowicie wolno, dlatego później już się wszyscy zamieniayliśmy, kto ma prowadzić. Do dzisiaj mamy kontakt z tą parą. Najlepsze jest to, że to byli tacy prawdziwi Alaskanie z krwi i kości, polowali, żyli w otoczeniu przyrody, i po dwóch miesiącach w Portland stwierdzili, że nie potrafią mieszkać w mieście i wrócili na Alaskę.

Kolejna niesamowita przygoda miała miejsce jak jechaliśmy do Disneylandu w Kalifornii. Tam na couchsurfingu przyjął nas pewien czarnoskóry facet. Miał ok. 50 lat. Jak przyszliśmy do niego, to rozmawiał z nami bardzo dziwnie, widzieliśmy, że coś nie gra i okazało się, że był niewidomy. Mieszkał sam i po prostu przyjmował ludzi na couchsurfingu. Stracił wzrok rok wcześniej, bo ugryzł go jadowity pająk. Miał w domu niesamowity porządek, wszędzie palił takie elektryczne świeczki, bardzo dbał o szczegóły. Zabrał nas na koncert, zorganizował piknik. Przez te cztery dni nauczyliśmy się, jak to być z osobą niewidomą, na przykład wprowadzaliśmy  mu pin w sklepie jak płacił kartą. W domu on funkcjonował bardzo dobrze, ale na zewnątrz już było dużo gorzej. Raz w tygodniu przychodził do niego przyjaciel i pomagał mu sprzątać i robić zakupy. Wielki szacun dla niego, bo przyjmował ciągle obcych ludzi, a tak naprawdę moglibyśmy mu wynieść wszystko, a on ciągle starał się pomagać. Dla nas w całej tej podróży najbardziej niezwykli byli ci ludzie, których poznawaliśmy. Najgorsza nasza przygoda na couchsurfingu była u chłopaka, który miał 19 lat i ADHD. Ale w jego mieszkaniu było tak strasznie, strasznie brudno, wszędzie były karaluchy. Zastanawialiśmy się jak od niego uciec, ale był tak miły dla nas, że zostaliśmy na noc, a Piotrek cały czas się budził, że coś po nim chodzi. Ale to była nasza wina, bo w referencjach na stronie była o tym informacja, tylko my jej nie doczytaliśmy.

W podróży pojawiają się nietypowe problemy.  Na  przykład jeśli codziennie widzisz tyle niezwykłych rzeczy, największy wodospad, wodospad który ma najwięcej wody, najszerszy wodospad, Maccu Picchu i codziennie coś naj to potem jedyne na co masz ochotę, to posiedzieć i porozmawiać, a nie zwiedzać kolejne naj miejsca. Na końcu w Japonii już nie chcieliśmy nic oglądać. Niektórzy podróżują na przykład trzy lata, nie wiem skąd biorą na to siły, bo dla mnie ten rok już był wyczerpujący. Na koniec podróży już wyglądaliśmy tragicznie, wychudzeni, cera fatalna, widać było po nas, że trochę upadliśmy zdrowotnie. Ale kompletnie nie żałuję tych pieniędzy, które wydaliśmy na podróż. Całą historię opisaliśmy na blogu zygzakiem.pl – ale on był tylko dla rodziny i znajomych. Te wszystkie wspomnienia w nas zostaną. Ludzie których spotykasz podczas wyjazdów są  dla mnie istotą podróżowania.

Dziękuję ci za rozmowę.

Ja również.

Jeżeli dotarłaś aż tutaj to znaczy, że ta rozmowa była dla Ciebie ciekawa i inspirująca, pamiętaj więc, by ją udostępnić! Niech idzie w świat!

Blog Kasi, Instagram Kasi

Dziękuję :)

2 komentarze

  • Alicja

    20 grudnia 2017 at 8:07 am

    Inspirujący wywiad 💛 Ale wtrącę swoje 3 grosze co do podróży z dziećmi. To wszystko zależy… :) ja np. podróżowałam od zawsze, byłam też w podróży dookoła świata (mniej więcej w tym samym czasie, co Kasia 😊)… i byłam święcie przekonana, że dziecko nic nie zmieni i że na maksa wykorzystamy urlop macierzynski… yhm rzeczywistość okazała się jednak zupełnie różna i trafił nam się taki wymagający egzemplarz, że najdalej byliśmy nad polskim morzem i w życiu bym się nie zdecydowała na dalszą trasę…

    Ale 4 miesiące temu urodził mi się drugi synek. Całkowite przeciwieństwo, urodzony podróżnik. Byliśmy już w górach i nad morzem i planujemy dalszą trasę 😊

    Także to niekoniecznie zależy od nastawienia rodziców, ale przede wszytkim od dziecka.

    Odpowiedz
  • Ultra

    21 grudnia 2017 at 7:49 pm

    Podziwiam siłę, samozaparcie, determinację i odwagę pani Kasi. Cudowna dziewczyna, która swoją pasją zaraziła także dzieci.
    Szczęśliwa rodzina, życzę wszelkiej pomyślności, zdrowia i spełnienia marzeń.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Close